Moja droga rozwoju osobistego i początek nowego etapu

Mam na imię Małgorzata i chciałabym podzielić się z Tobą moimi spostrzeżeniami, które wynikają z długiego życia oraz drogi rozwoju osobistego. To właśnie ona zaprowadziła mnie do wymarzonego domu i zawodu, którego zupełnie się nie spodziewałam.

Jestem autorką bajek (na razie 😊), a także tworzę zeszyty, pamiętniki, zeszyty do nauki pisania, zeszyty szkolne i inne podobne materiały. Każdy z tych projektów jest częścią mojej historii i wyrazem tego, kim dziś jestem.

Na blogu będę opisywać drogę, którą musiałam przejść, zanim zatrzymałam się na właściwej linii życia — tej, która jest już dokładnie taka, jaką chcę iść.

Może podążysz ze mną.
Może znajdziesz tu jedynie inspirację do tego, by odnaleźć własną drogę.

Jedno wiem na pewno — nie jesteś tutaj przez przypadek, ponieważ przypadki nie istnieją.

Mam nadzieję, że będziesz wzrastać razem ze mną i uczyć się życia w myśl jednej, jedynej zasady:

„Nie krzywdź i nie pozwól krzywdzić innym.”

Już po pierwszej stronie wiesz, czym się zajmuję i być może domyślasz się także, jakie są moje zainteresowania. Uwielbiam naturę. Kocham wszystko, co stworzyła Matka Ziemia i w co zostało tchnięte życie. Może nie wszystko bez wyjątku, ale staram się być wyrozumiała nawet dla robactwa, pająków czy gryzoni. Mam świadomość, że wszystko w przyrodzie zostało stworzone po coś.

Wierzę, że świat, jaki znamy, został stworzony — choć to temat znacznie bardziej złożony. Nie zamierzam jednak zmieniać tego, w co Ty wierzysz, ponieważ masz do tego pełne prawo lecz Twoja wiara może różnić się od mojej.

Wróćmy jednak do początku.

Mam ogromny szacunek do wszystkiego, co żyje na tej ziemi, nawet jeśli nie do końca rozumiem, jakimi prawami rządzi się nasz świat i dlaczego został wykreowany właśnie w taki sposób. I tu dochodzę do brzegu…

Jestem osobą, która świadomie zaczęła kreować swoje życie, nie pozostawiając miejsca przypadkowi. Gdy poznasz mnie bliżej, jestem pewna, że zgodzisz się ze mną, iż w moim życiu wykorzystuję prawo jedności z naturą, prawo przyciągania oraz inne techniki kwantowe.

Zacznijmy jednak od początku.

Życie jest cudem.

Urodziłam się pomimo. Brzmi to dziwnie, ale wiele sił nie chciało dopuścić do tego, abym przyszła na świat. Były jednak również takie, które zadziałały, abym tutaj się znalazła i przeszła całą tę drogę — aż do momentu, w którym piszę te słowa.

Nie miałam łatwego startu i nie piszę tego po to, by się użalać — dlatego nie przeczytasz tu historii mojego wczesnego dzieciństwa. Piszę to, aby powiedzieć Ci jedno: nic nie jest przypadkowe. Moje losy potoczyły się właśnie tak, a nie inaczej, a ja dorastałam z różnymi emocjami, które mną targały i prowadziły do rozmaitych sytuacji. Były one konsekwencją zarówno przemyślanych, jak i nieprzemyślanych decyzji.

Moja droga nie była usłana różami, ale dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że każda przyczyna ma swój skutek — doświadczyłam tego tak samo jak Ty. Nasze życie zostało w dużej mierze zaprogramowane przez rodzinę, szkołę, znajomych, pracę, środowisko… Dlatego tak często działamy automatycznie i nawet gdybyśmy mogli zrobić inaczej to jednak tego nie robimy.To jest własnie skutek, a przyczyna to nasze programy, które uaktywniaja wszystkie mechanizmy w naszym zyciu tak, aby sytuacja , w której się znaleźliśmy pasowała do ich schematów.

Przez długi czas czułam się nieszczęśliwa, niezrozumiana i odtrącona. Byłam zaprogramowana właśnie na te uczucia — to one odzywały się we mnie najmocniej. Nie wiem, jak jest u Ciebie, ale jeśli masz podobnie, to cieszę się, że tu jesteś.

Pokażę Ci schematy, które u mnie działały — i które musiałam zmienić, aby znaleźć się w miejscu, w którym jestem dziś i żyć pełnią szczęścia, oraz jak je zmieniłam.

Zostań ze mną, a odkryję przed Tobą świat, o którym nie uczy się w szkole…
a często nawet się o nim nie mówi.

Był w moim życiu taki moment, kiedy jedno zdanie obudziło moją świadomość. I od tamtej chwili już nigdy nie zasnęła.
Zaczęłam dociekać, co właściwie się stało i dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałam.

Czasem wystarczy jedno słowo, jedno zdanie albo jedno odkrycie, by droga, którą idziemy, zaczęła biec zupełnie inaczej niż do tej pory. I właśnie tak było w moim przypadku.

Zdanie, które mną wstrząsnęło, dotyczyło prawa, które – według tej perspektywy – obowiązuje ludzi, oraz idei, że zostało ono zastąpione prawem morskim, w którym człowiek postrzegany jest symbolicznie jak rozbitek. Za tą myślą szły kolejne pojęcia: zależność, utrata sprawczości, a nawet skojarzenia z niewolnictwem.

Nie przytaczam tego jako prawdy absolutnej. Dla wielu osób może to brzmieć jak bzdura albo teoria bez znaczenia.
Dla mnie jednak było to uderzenie, które rozbiło mój dotychczasowy sposób myślenia na kawałki. Była to moja osobista aktywacja, pobudka ze snu, moment, w którym coś we mnie powiedziało: sprawdź, poszukaj, nie przyjmuj już wszystkiego bezrefleksyjnie.

Świadomość to właśnie ten moment, w którym zaczynamy widzieć wyraźniej — siebie, swoje myśli, swoje reakcje. To nie nagłe olśnienie, lecz proces: cichy, czasem niewygodny, ale bardzo prawdziwy. Zaczyna się od prostych pytań:
dlaczego tak czuję?
dlaczego reaguję w ten sposób?

Gdy pojawia się Świadomość, przestajemy działać wyłącznie na autopilocie. Zaczynamy zauważać schematy i programy, które nami rządzą — przekonania, które kiedyś były pomocne, a dziś już tylko ograniczają. A ich wyrywanie z korzeniami bywa procesem bolesnym, ale koniecznym.

Poszukiwanie trwa do dziś. I wiem jedno:
Świadomość nie polega na tym, by mieć wszystkie odpowiedzi.
Polega na tym, by odważyć się zadawać pytania.

Od tamtej pory przeżyłam kilka lat intensywnego poznawania siebie i mojego świata. Lat zdejmowania warstw, przerabiania światopoglądu, który przez długi czas był wykreowany przez innych, a nie przeze mnie.

Zaczęłam otwierać się na inne odczucia — te, które przez wieki były tłumione, zagłuszane i niedopuszczane do głosu. Uczyłam się słuchać tego, co we mnie ciche, subtelne, a jednocześnie prawdziwe.

Zrozumiałam, że wszystkie te programy — jak ktoś woli je nazywać: wychowanie, normy, schematy — stworzyły człowieka, którym nigdy nie byłam. I wtedy zaczęłam weryfikować wszystko. Krok po kroku. Bez litości, ale z ciekawością.

Nie uwierzysz, ile było przy tym wątpliwości. Ile lęku. A czasami nawet fizycznego bólu i straty. Bo kiedy rozpada się to, co znane, zawsze coś umiera. Nawet jeśli było iluzją.

Samodoskonalenie nigdy nie jest łatwe. Ale ja wiedziałam, że muszę powyrywać korzenie, które nie pozwalały mi myśleć samodzielnie i rozwijać się w sposób zgodny ze mną. Innej drogi po prostu nie było.

I choć była to droga trudna, dziś wiem, że była konieczna.


Ten proces trwa do dziś, ale już wyraźnie widzę, jak bardzo moje życie się zmieniło. Udało mi się obalić najtrudniejsze schematy — te, które mówiły o wolności wyboru, a jednocześnie po cichu ją odbierały.

Dziś mogę powiedzieć, że mój kręgosłup stał się stalowy. Nie poddaję się łatwo. A jednocześnie regularnie weryfikuję swoje poglądy, bo wiem, że nie wszystkie muszą być słuszne. I to jest w porządku.

Nie boję się zmiany zdania. Rozumiem, że upór ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do celu, natomiast poglądy można — a nawet trzeba — zmieniać, jeśli przestają być dokładne, uczciwe albo zgodne z prawdą, którą w danym momencie widzimy.

Dla mnie Świadomość to nie sztywność.
To otwartość połączona z siłą.
To umiejętność stania prosto — i jednocześnie gotowość, by się zatrzymać i zapytać: czy na pewno jeszcze tam jestem?


Zmiany w moim życiu są już wyraźnie widoczne. Zrezygnowałam z wyścigu szczurów, który rządzi tym światem, i świadomie postanowiłam pójść w innym kierunku.

Nie dokonałabym tego sama. Na mojej drodze pojawiali się ludzie i sytuacje, dzięki którym moje życie nabrało blasku, a ja w końcu poczułam, że naprawdę żyję. Bez zbędnej otoczki. Bez masek i ciężarów, które przez długi czas mnie blokowały.

Nie jest dla mnie najważniejsze, czy coś „osiągnę” w rozumieniu świata. Ważne, że robię coś, by świat stał się lepszym miejscem. Właśnie dlatego zostałam autorką bajek. Bo dzieci są naszą przyszłością, a bajki to subtelny sposób, by przemycać dobre programy do ich życia.

Nie piszę o przemocy. Nie skupiam się na odwiecznej walce dobra ze złem. W moich bajkach jest przyjaźń, zabawa i przygoda. I choć nie ma w nich potężnego wroga do pokonania, czytelnicy często są zaskoczeni, jak bardzo te historie potrafią wciągnąć. Bo okazuje się, że nie zawsze potrzebujemy wielkiego zła, by przeżyć emocjonującą podróż.

Takie są moje książki — ciepłe, a jednocześnie niepozbawione dreszczyka przygody.

Czy zmienię dzięki nim świat? Nie wiem. Ale wiem, że staram się coś robić. I na ten moment to wystarczy.

Wierzę, że lekarstwem na zło, które zapuściło korzenie w naszym pięknym świecie, jest kreowanie życia pełnego miłości, uważności i dobra. Małymi krokami. Każdy na swój sposób.

W kolejnych odsłonach postaram się pokazać Ci moje wnętrze i to, jak ono stopniowo zmienia mój świat na lepszy. Opowiem też o tej walce, którą przeszłam — po to, by moja świadomość nie zamknęła oczu tylko dlatego, że przebudzenie bywa bolesne.

Bardzo trudno pisać o upadkach, ale jeszcze trudniej o tym, jak się po nich podnosić.
Zapytasz pewnie: dlaczego?

Bo zanim człowiek wstanie, musi najpierw zajrzeć w sam upadek. Zrewidować go. Zrozumieć przyczynę. Wrócić do sytuacji, które powaliły na kolana, i uczciwie przyznać przed sobą, gdzie popełniło się błąd. A potem zadać sobie jeszcze trudniejsze pytanie:
czy da się to naprawić, czy może lepiej odpuścić i iść dalej.

Przepracowanie porażki bywa bolesnym procesem, ale jest konieczne. Bez tego bardzo łatwo wrócić do starych schematów — tych, które działają automatycznie, często bez naszej świadomości. Programy zapisane gdzieś głęboko potrafią być bezlitosne. Trudno je zauważyć, jeszcze trudniej zatrzymać w odpowiednim momencie.

A przecież na tym właśnie polega życie świadome.
Na zauważaniu tych miejsc. Na przyglądaniu się im. Na przepracowywaniu ich po to, by nie uruchamiać wciąż tych samych, dobrze znanych mechanizmów.

Dlatego na samym początku powiedziałam, że trudniej jest pisać o powstawaniu niż o samym upadku.

Zacznę więc od krótkiego wyjaśnienia — bo nie każdy ma tego świadomość i rzadko się o tym mówi. Tymczasem nauka już dawno to potwierdziła: nasze reakcje, odruchy i sposoby radzenia sobie z problemami są w dużej mierze zaprogramowane. Część z nich dostajemy w genach po przodkach, inne kształtują się przez całe życie — w rodzinie, w środowisku, w relacjach.

Kiedyś nazywano to wychowaniem.
Dziś coraz częściej porównuje się to do programowania komputerowego — bo dokładnie tak działamy. Jeśli coś trafi na nasz „dysk twardy”, zapisuje się jako program. W odpowiedniej sytuacji uruchamia mechanizm, który za każdym razem reaguje tak samo, jeśli tylko okoliczności się powtarzają.

I właśnie dlatego tak ważne jest, by czasem zatrzymać się, zajrzeć w kod i sprawdzić, czy naprawdę chcemy, żeby dalej działał bez naszej zgody.

Dlaczego chcemy odchodzić od wcześniejszych schematów?
Dlaczego jako dorosłemu człowiekowi nie wystarcza być takim, jakim nas wykreowano?

Odpowiedź jest prosta. Jesteśmy istotami, które myślą i działają samodzielnie. Tymczasem przez lata uczono nas funkcjonować według norm i zasad, które często sprawdzały się sto lat temu — ale niekoniecznie dziś.

Oczywiście nie każdy potrzebuje metamorfozy własnych zachowań. Jednak większość ludzi nosi w sobie żal do swoich przodków — za to, że obdarzyli ich takim, a nie innym charakterem. Za to, że są zbyt słabi albo zbyt ulegli. Albo przeciwnie — brutalni, aroganccy, chłodni.

To wszystko są programy.
Często negatywne.
Często o bardzo niskich wibracjach.

A najcięższym z nich jest wstyd.

I właśnie od niego zaczniemy.

Wstyd pojawia się u każdej istoty ludzkiej i potrafi mocno wypaczyć charakter. Dawniej był programem nadużywanym. Zawstydzano dzieci, bo nie były takie jak rówieśnicy — zbyt nieśmiałe, zbyt głośne, zbyt wybuchowe. Robiono to rzekomo po to, by zwrócić im uwagę na „niedoskonałości”. Bardzo często publicznie, przy świadkach.

Osoby otyłe doskonale znają ten mechanizm. A przecież dziecko samo nie doprowadziło się do nadwagi — więc jakim prawem to ono ponosiło konsekwencje decyzji dorosłych? Jakim prawem wstyd stał się karą za coś, na co nie miało wpływu?

I właśnie w takich momentach program wstydu zapisuje się najgłębiej.

Ale bardzo często to właśnie oni są pierwsi, którzy wprowadzają dziecko w stan zakłopotania. Najczęściej dzieje się tak dlatego, że powielają wzorce, które zakorzeniły się w nich samych, gdy byli dziećmi. Zwykle tak to właśnie wygląda.

Dziś wiemy już, że rodzice — i ich rodzice — ponoszą odpowiedzialność za wprowadzenie kodu wstydu. Nie dlatego, że chcieli źle, ale dlatego, że nie zostali nauczeni rozwiązywać problemów poprzez wsparcie. A jeśli kolejne pokolenie nie zdecyduje się samodzielnie zmodyfikować tego systemu, programy będą się powielać dalej. I dalej. I dalej.
Aż pojawi się ktoś, kto zrobi wyłom i powie: dość.

Tę osobę nazywa się osobą świadomą albo przebudzoną. Zakładam, że to pojęcie nie jest Ci obce i że już się z nim spotkałeś(aś), ale mimo wszystko opowiem, jak ja to widzę.

Do pewnego momentu życie toczyło się według schematów. A potem coś się wydarzyło. W moim przypadku było to dość dziwne — zupełnie niezwiązane z programami, a z prawem morskim. A jednak wystarczyło, żebym się obudziła i zaczęła przyglądać własnemu życiu.

Zauważyłam wtedy, że sprawy nieprzepracowane zataczają krąg. Wracają — w tych samych albo bardzo podobnych sytuacjach — co kilka lat. Nasze programy nie dopuszczają innej możliwości. Dlatego u niektórych te same historie potrafią powtarzać się aż do końca życia.

Jest takie powiedzenie:
Jeśli postępujesz w ten sam sposób co dotychczas, czy możesz liczyć na inne rezultaty?
Chyba już wiesz, że nie.

Świadome życie pozwala te zapętlenia wyłapywać i stopniowo eliminować. To nie jest proste. Czasem potrzeba na to kilku lat, zanim dana sytuacja przestanie pojawiać się w naszym życiu.

Podam Ci przykład z własnej obserwacji.
Liczba 7 i jej wielokrotność.

U mnie wiele spraw wracało mniej więcej co siedem lat. Moje małżeństwo było skomplikowane od samego początku, ale najtrudniejszy okazał się siódmy rok po ślubie. To, co nas różniło, nagle zapłonęło. Jakoś udało się uniknąć rozwodu, choć było bardzo blisko.

Pamiętam, że moim głównym mechanizmem była wtedy ucieczka. Tak reagowałam na problemy, których nie potrafiłam rozwiązać. Nie zawsze była to ucieczka z domu — mieliśmy już dwie córeczki — ale uciekałam do przyjaciół, do rodziny, w różne bezpieczne miejsca. Znasz to?

Po kolejnych siedmiu latach przyszedł pierwszy naprawdę poważny kryzys. Celowo nie opisuję, z czym się wtedy mierzyłam — to nie jest najważniejsze. Ważne jest to, że udało się ten proces przekształcić w coś dobrego.

Nie twierdzę, że w moim związku nie ma już kryzysów. Są.
Ale dziś potrafimy sobie z nimi radzić zupełnie inaczej, niż zostaliśmy do tego „przeszkoleni” przez rodziców.

I właśnie na tym polega zmiana programu.

Wróćmy jeszcze na chwilę do wstydu.

Wiemy już, że jest on programem powstałym z utartych wzorców wcześniejszych pokoleń. Dopiero dziś jednak zaczynamy naprawdę rozumieć, jak wielkie spustoszenie potrafi czynić w naszym życiu. I właśnie dziś mamy szansę ten kod zmienić — tak, aby przestał uwierać, ograniczać i niszczyć to, kim jesteśmy.

Skoro trafiłeś na mojego bloga, to znaczy, że szukasz dla siebie drogi. Nie mam gotowej recepty na życie. Są jednak techniki i sposoby, które pomagają wyłapywać programy działające w nas jak cisi zabójcy — powoli, niezauważalnie, ale skutecznie.

Wierzę, że przypadki nie istnieją. Być może jestem jedną z tych osób, które stanęły na Twojej drodze po to, abyś zajrzał — albo zajrzała — głębiej. Abyś zobaczył, ile systemowych pułapek zakotwiczyło się w Tobie przez lata i jak bardzo zaczęły Cię już męczyć.

Jeśli to właśnie wstyd jest tym uczuciem, które odbiera Ci spokój, spróbuj spojrzeć na siebie inaczej. Jak na istotę, która ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek pokochać siebie. Jeśli zrobisz ten krok, możesz uznać, że masz za sobą pierwszą — i najważniejszą — lekcję.

Potem przychodzi czas na docenianie siebie. Nie muszą to być nagrody materialne. Czasem wystarczy dobre słowo skierowane do samego siebie. Pochwała. Uznanie. Pokochanie siebie to krok siedmiomilowy — i nie każdy ma odwagę go zrobić.

Gdy nauczysz się doceniać i wspierać samego siebie, zauważysz, że program, który do tej pory trzymał Cię w miejscu, zaczyna tracić swoją moc. Tak to właśnie działa. Miłość własna i pewność siebie wyprowadzają nas ze strefy ofiary i unoszą na wyższe wibracje. A tam… dzieją się rzeczy naprawdę dobre , prawdziwe cuda.

Powodzenia.
Bo naprawdę warto przeżyć życie tak, jak samemu się chce, a nie tak, jak zostało nam zaplanowane.